Obecnie jazda na nartach jest w miarę bezpieczna, łatwo wykupić ubezpieczenie od nieszczęśliwego wypadku w trakcie szusowania lub zderzenia z innym narciarzem. Na dodatek od przyszłego roku mają wejść w życie przepisy nakazujące jazdę w kaskach osobom poniżej 18 roku. Dorośli natomiast będą mogli zostać sprawdzeni przez patrol policji, czy przed jazdą na nartach nie pili alkoholu. Jedną z konsekwencji może być zabranianie prawa jazdy. Jeśli dodać do tego wyrównane stoki, z wyznaczonym poziomem trudności oraz czekającym na każde wezwanie pogotowiem, to aż dziw, że na stokach wciąż zdarzają się wypadki.
Dzisiejszy poziom zabezpieczeń jest o niebo lepszy niż przykładowo sto lat temu, gdy Stanisław Bronikowski spisywał swe wspomnienia z tego, jak na narty Warszawa się wybrała. Oczywiście, nie sama Warszawa, a raczej jej pewni siebie mieszkańcy. Dżentelmeni ze stolicy, po kilku seteczkach wódki, przywdziewali zwykle narty, by w Zakopanem pokazywać, jak doskonale radzą sobie z jazdą.
Wiele z tych popisów kończyło się na najbliższym drzewie. Jednak życie kwitło nie tyle na zboczach, co w szynkach, gdzie co rusz dochodziło do bójek. Najwięcej wtedy zarabiał dentysta, wstawiający sztuczne zęby w miejsce wybitych. Lecz, jak pisze Bronikowski, największą radość wzbudzały łopoczące sukniami Warszawianki, wsadzone na narty przed podchmielonych mężów, by zaznały też jakiejś rozrywki.